Gadu gadu Skype

Archiwum dla 10.2008

paź
11

Sudety

Spook, Październik 11 2008

Napisz komentarz

Stoisz na rozstaju dróg. Jest słoneczny, letni poranek, rosa skrzy się na trawie; na nitkach pajęczyny wygląda jak przezroczyste perły. Kropelki wody porozwieszane pomiędzy gałęziami sprawiają wrażenie, jak gdyby ktoś przyozdobił drzewa diamentami. Rozglądasz się; widzisz rozlane, niewielkie leśne jeziorko. Jego powierzchnia jest gładka, marszczona gdzieniegdzie przez poranną bryzę, która niesie Ci zapach lasu. Na brzegu – postrzępiony kapelusz wędkarza, który skoro rano wybrał się na wczesny połów. Obracasz się powoli – słońce przebłyskujące pomiędzy gałęziami drzew wydaje się świecić na zielono. Otacza Cię soczysta, głęboka, żywa zieleń przyprószona tu i ówdzie błękitnymi plamkami niezapominajek albo czerwonym kapeluszem muchomora. Robisz kilka kroków: żwir chrzęści pod Twoimi stopami, a wygrzewające się na poboczu ropuchy niechętnie ustępują Ci drogi. Trącasz jakąś trawę z której zrywa się latająca paleta kolorów – motyl. Robi przed Tobą kilka wdzięcznych ósemek, po czym odlatuje w zacienione, jeszcze, gąszcze lasu.

Stoisz na skale wysuniętej poza zbocza wzgórza na które przed chwilą mozolnie się piąłeś. Rozglądasz się – widzisz głęboki, gęsto zadrzewiony wąwóz, na dnie którego płynie cicho pomarańczowy – od wypłukiwanych tu i ówdzie złóż żelaza – strumyk. Czujesz podmuch wiatru, ale nie jest to już spokojna bryza, ale żywy wiatr tych wzgórz. Zamykasz oczy – i nie słyszysz już szumu drzew, ale czujesz go podróżując wraz z wiatrem, który wciągnął Cię w szaloną podróż. Przelatujesz wąwozem, pokonujesz przełęcz i mkniesz ponad zielonymi płaskowyżami ku dalekim wzniesieniom. A może zawracasz – by przez zielone wrota wylać się na szerokie równiny pokryte szachownicami zasianych pól, czerwienią dachówek pokrywających domy okolicznych wiosek, i błękitem niewielkich jeziorek i strumyków?

Skręcasz z drogi, wijącej się wśród wąwozów i przełęczy by nagle, ku swojemu zdziwieniu, pomiędzy szczytami pobliskich wzniesień dostrzec szeroko rozlane jezioro. Zamyka je tama – jak gdyby zawieszona na sąsiednich szczytach. Na jednym z brzegów pastelowymi kolorami mienią się niewielkie domki, spokojne fale syzyfową pracą próbują podmyć piaszczyste wybrzeże. Wchodzisz na rozchybotany, wiszący mostek. Przed Tobą, w oddali bieli się żagiel, pod Tobą przepływa mała łódka; pozostawia za sobą kilwater, który znika powoli, rozmywając się coraz bardziej na lustrzanej płaszczyźnie. Wchodzisz na tamę; z jednej strony widzisz jezioro, druga znów kusi Cię, byś wzleciał i jak myszołów pomknął nad głęboko werżniętą w góry dolinką, widząc od czasu do czasu stadka krów i owiec albo konopiastogrzywą klacz pasącą się na łące.

***

A Teraz siedzisz w pociągu i z rozrywającym serce żalem widzisz Twoje wzgórza oddalające się od Ciebie w rytm stukotu kół na szynach. Zaciśnięta kurczowo na poręczy ręka drży, bo chciałbyś wyrwać się, uciec, wrócić – choć wiesz, że nie możesz. Jedziesz odwiedzić cywilizację: rozkopane ulice, brudne dzielnice z dziećmi bawiącymi się w błocie podwórek; długie oczekiwania na zatłoczony autobus; ciągnące sie w nieskończoność korki – zrezygnowane i zmęczone twarze ludzi; betonowo-stalowe zbrojenia, które teraz muszą zastąpić Ci korzenie drzew; falujące, wzburzone morze nieznajomych, często wrogich Ci twarzy.

A Twoje wzgórza będą czekać… najpierw postarzeje się wiatr – i zamiast hasać radośnie pośród drzew zacznie zrywać ich liście, które pokryją kolorowym dywanem leśną ściółkę. Potem uśnie, otoczony płynącą bielą, która zagłuszy leśne bicie serca. Drewniane szkielety będą skrzypieć, gnąc się pod naporem śniegu, skarżąc się – świadome swej bezsilności – na samotniczy los.

A później zbudzi się życie – zielone pędy będą walczyć na zacienionej przez starszyznę ziemi o swój promyk słońca, drzewa wypełnią się zielenią, a wiatr znów będzie zapraszał do podróży.

A Ty? Przystaniesz czasami zdumiony, bo w głębi miasta poczujesz nagle zapach zieleni, zapach wolności, która wciąż ciągnie Cię w Twoje strony. A to tylko niegościnny, miejski wiatr zagarnął w Twoje nozdrza złudny zapach z pobliskiego parku…